poniedziałek, 18 marca 2013

Bo czasem inaczej niż rodzice sobie to wyobrażali. No i co w tym złego?

Alex
Abergav
_______________________________________
_______________________________________


   Jestem biseksualna. Wcale się z tym nie kryję, wręcz przeciwnie. Zaskakuję przyjaciół przypadkowymi całusami, takimi, których się nie spodziewają. Może i by mnie nienawidzili, może i siedziałabym zawsze sama, może byłabym w centrum handlowym wytykana palcami przez osoby ze szkoły. Może, nie wiem. Nadrabiam charakterem; wybuchowy, towarzyski, rozerwany na części. Niektórzy lubią we mnie to, że jestem szczera do bólu, otwarta na znajomości i wysoko noszę głowę, kiedy ktoś mówi coś o mnie, co czasem tylko po części jest prawdą. Niektórzy zaś lubią jak zabawiam wszystkich żartami sypanymi z rękawa, zaczepiam obcych siebie ludzi i ucinam szybką pogawędkę. Ah, jeszcze jest ta grupa, która lubi mnie za to, że pomagam, jeżeli widzę, że jest taka konieczność. I może dlatego, że to wszystko jest w jednej osobie, akceptują fakt mojego biseksualizmu. A ja cieszę się, że nie to dla nich jest najważniejsze.
   Są jednak ci, którzy właśnie z powodu tego, że nie robi mi różnicy czy trzymam się za rękę z dziewczyną, całuję na imprezie z chłopakiem, ląduję w łóżku z jasnoblond pięknością, nienawidzą do tego stopnia, że prześladują. Znaczy się *chrząka cicho* próbują prześladować. Tak naprawdę ich szykanowanie umiera najczęściej śmiercią naturalną. Jestem taka dla innych, że wybaczam. Pomagam, zagaduję, śmieję się i nie przejmuję się błahostkami. A jaka jestem dla siebie?
   Nienawidzę swojego ciała. Niby jest w porządku, bo gruba nie jestem, chuda też nie. Ale nie lubię, nie lubię poważnej twarzy z mocno wyróżniającymi się brwiami i szarymi oczyskami. Nie lubię tego, że mam 170 cm wzrostu. Nie lubię tego, że mam średniej wielkości piersi. Nie lubię tego, że mam płaski tyłek i duże uda. Ale po co ta wiedza komuś? Ludzie akceptują mnie taką, jaką ja udaję, że się akceptuję. Bo gdybym mówiła głośno, co mi się w sobie nie podoba, ludzie zaczęliby to dostrzegać, no i po co?
   Kiedy siedzę sama w kawiarence, jestem zamyślona. Jestem cicha i odpoczywam od tego zgiełku, który wywołujemy ze znajomymi. Panuję nad bólem głowy, który tworzy się od głośnych rozmów, śmiechu czy szybkich ruchów. Błądzę nieznacznie ręką po wewnętrznej stronie uda i wspominam, jak było w Polsce.



   Urodziłam się w Anglii, ale w wieku pięciu lat przenieśliśmy się do Polski. Umiem przez to angielski i polski, chociaż z polskiego to raczej czasem wulgaryzmy używam. Chciałabym umieć francuski, no i właśnie... uczę się go prywatnie u takiej miłej pani, która ma lat 25 i często patrzy na mnie, jakby chciała mnie zjeść. Zresztą i vice versa. No dobra, raz się zdarzyło. Byłyśmy w kuchni, czekałyśmy, aż woda się zagotuje. No dobra, tak, przylgnęłam do niej jak jakaś małolata i zaczęłyśmy się całować. No ale ona ma męża, wiecie? Taka młoda i ma już męża...
   POWRACAJĄC do Polski. Mieszkaliśmy tam, rodzice pracowali, ale im się odechciało. Przecież na koncie mieliśmy sporą kasę. Wtedy zraziłam się do nich. Brzydziłam się tych pieniędzy. Ale miałam dopiero szesnaście lat, a oni zakazali mi chodzić do pracy. Wtedy obiecałam sobie, że w dzień swoich osiemnastych urodzin wyprowadzam się. Gdzieś bardzo daleko. I tak zrobiłam. Oczywiście wcześniej uprzedzając ich o tym na miesiąc przed wyjazdem. Ostrzegałam, że nie chcę ich pieniędzy, ale po wykalkulowaniu (ha ha ha) stwierdziłam, że nie dam rady sama, no bo w końcu jeszcze nie pracowałam. Dali mi na znalezienie mieszkania (zaraz o tym potem) i na pierwsze trzy czynsze. I na jakieś drobne wydatki.
  Przywiało mnie do San Diego. Ale się ucieszyłam. Ale rodzice nie wiedzą, gdzie mnie wywiało. Bo by mi jeszcze dupę truli. I wiecie co? To było dobre posunięcie. Dzięki samodzielnym poszukiwaniom znalazłam przytulne mieszkanko przy centrum miasta. Normalnie MARZENIE. Miejsce, w którym mieszkam, nazywam pieszczotliwie wakacyjnymi domeczkami. Bo to jest taki obszar, gdzie bloki tworzą sobą takie dziwne ósemki, troszkę jak w Barcelonie, ale bliżej siebie są te kółka. I to obszar, gdzie na stałe mieszka mało osób, tylko na wakacje zwala się cała hołota. Ale dzięki temu mogę poznać dużo osób.

   A samo mieszkanko składa się z wielkiej kuchni. Bo uwieeeeeeeeeeelbiam gotować. Ugotuję wam wszystko, od wody po lasagne czy kebab, od bez po wielkie torty. Wszystko! Ale wracając. Jest kuchnia, od strony podwórka, obok niej jest łazienka z wanną na trzy osoby i prysznicem, gdzie wcisną się dwie. Po drugiej stronie mieszkania, które wychodzi wielkimi oknami na ulicę, jest duży salon, a w salonie kanapa w rogu, przy kominku, telewizor w drugim kącie, duży okrągły stół po drugiej stronie pomieszczenia. A na środku? Dużo miejsca do tańczenia. Obok salonu jest moja sypialnia. Och, uwielbiam ją. Kremowe ściany i jasnobrązowe meble, a wielkie łoże (gdzie ze spokojem zmieściłoby się z pięć osób. Czyli jest łoże na środku... No właściwie w pokoju jest jedno duże okno. Pod oknem jest to łoże, obok łoża mahoniowe biurko zawalone kartkami. No, uwielbiam rysować. Po drugiej stronie łóżka jest lustrzana szafa. A w kącie pokoju, przy stojącej lampce mój ukochany fotel, a przy nim malutka biblioteczka. I chyba to na tyle, jeżeli chodzi o mieszkanie. Bo korytarz to tylko taki przejściowy jest, z mnóstwem roślin. Kocham rośliny.

   Niepotrzebnie tyle piszę, prawda? No ale e tam.
   Co do Polski jeszcze jedno: poszłam do szkoły rok wcześniej, dlatego w wieku osiemnastu lat miałam już ukończone liceum. No właściwie w maju matura i tuż po maturze out z Polski do San Diego. Nawet nie wiecie, jakie to fajne było znaleźć liceum z profilem kucharskim! Myślałam, że to niemożliwe, że od tego są technika, a tu proszę. Mało osób było w klasie... zaraz... w liceum nie ma takich profili. Chyba muszę się skontaktować z rodzicami, czy to czasem nie oni maczali w tym palce.
   Wracając do mnie. Teraz mam jako takie, hm... doświadczenie kucharskie. Ale że czasem lubię sobie zagrać w te wszystkie śmieszne gry pieniężne, to pół roku po przyjeździe do San Diego zagrałam i... wygrałam. Szczęściara, nie? Niestety. Ale taka duża suma to nie była. Ale harować na kasę nie muszę. Dlatego pracuję wieczorami(nie wszystkie bo czasem mamy aż za dużo chętnych do roboty) jako barmanka w centrum miasta, a jeżeli trzeba, pomagam sąsiedniej restauracji w przygotowaniach jakichś wesel, większych imprez.  W weekendy chodzę do sąsiadki z dziewiątego piętra i pomagam jej sprzątać, bo ona stara już jest. I zawsze wciśnie mi coś albo z pieniędzy albo z ciuchów, które kupi. Ma kobitka gust, nie powiem. Lubię z nią robić zakupy, to naprawdę cudowna pani. Traktuję ją jak babcię, której nigdy nie poznałam, a ona mnie jak wnuczkę, której nigdy nie miała.

Opowiem Wam coś jeszcze. Poznałam dziewczynę, całkowicie przypadkiem. Wpadłyśmy na siebie, kiedy wychodziłam z klatki schodowej, a ona jechała rowerem. Dziwne, że mi się nic nie stało. A ją trzeba było opatrzyć. I tak zrobiłyśmy; weszła do mnie, a ja, jako jej wrzód na d... opatrzyłam ją. A parę chwil później całowałyśmy się. Ja szalona! Nigdy tak nie postępowałam. Ale to było silniejsze ode mnie. Po prostu miałyśmy chwilę zapomnienia. Ja przynajmniej miałam, a to dlatego, że pragnęłam czułości. Dziewczyna, nawet nie znałam jej imienia, zaczęła się, hm... posuwać dalej. No i to były te chwile przed moim pierwszym razem. I zamiast do pracy, wieczór spędziłam na orgazmach. Ha ha, dzień później również, a potem... Potem ta dziewczyna zapadła się pod ziemię, zabierając pieniądze, które trzymałam w salonie za kominkiem. Jak je znalazła: nie wiem. No i od tego czasu minęło... z cztery miesiące, a ja nie miałam bliższych kontaktów. Tyle przyjaciele, którzy czasem zirytowani wywrzaskiwali moje imię, kiedy to znienacka któregoś cmoknęłam.


   Podsumowując: kocham rysować, słuchać muzyki, gotować i grać w siatkówkę (nawet tą plażową!). Kiedy mam wolny wieczór, biegam.
 Nienawidzę dwulicowości, pszczół i owadów.
 Dorabiam jako barmanka, ale czasem zdarzy mi się jakaś bardziej profesjonalna sesja zdjęciowa. A jak.
 B I S E K S. Będę to podkreślać, bo się tego nie wstydzę.
 Łatwo się niestety zakochuję, ale nie jestem zbytnio, hm... za związywaniem się na dłużej. Chociaż kto wie, na kogo trafię?
 W maju będę miała lat dziewiętnaście, więc młoda dupa, co? No, zdarza się.
 Chciałam iść na jakiś uniwersytet, ale za bardzo spodobał mi się mój porządek dnia, gdzie czas jest na sprzątanie, przyjaciół, pracę i dbanie o siebie.
 I nie, nie jestem nieodpowiedzialna. Naprawdę robię wszystko, by żyć rozsądnie. No ale nie pod jednym względem. Tak, wiecie o co chodzi. Zresztą... no dobra, mam bujną wyobraźnię. Ale w łóżku byłam tylko dwa razy i to jeszcze z dziewczyną, o czym już wspomniałam. Zadowoleni?
 Chyba wiecie teraz o mnie wszystko

   Podsumowując jeszcze bardziej:
19.05.1994
Aleksandra Abergav
Alex
Biseks



_____________________________
Tak, jestem zboczona XD
Tak, lubię, jak ktoś to wykorzystuje.
Aha, no i wątki, owszem. Ale chciałabym zaznaczyć, że nie lubię dwóch czy trzech zdań, jakoby sądzę, że naprawdę w takim świecie jest od cholery do opisania, nawet głupi kwiat, który więdnie i trzeba go podlać. Ile tu tych czynności do wykorzystania!
I przepraszam za ilość zdjęć, ale zakochana jestem w tej dziewoi, jest cudna ♥